środa, 16 lipca 2014

 

Tik-tak... tik-tak... Czas pędzi okrutnie.

Odliczam dni do porodu (szumnie powiedziane, zważywszy na to, że będę miała najprawdopodobniej cięcie cesarskie, niestety).

Jeszcze trzy tygodnie i Dzidziur będzie z nami. Pewnie już myśli w tej swojej główce, jak nam umilić życie ;)

Oczywiście nie wszystko kupione, skreślam z listy te najmniej potrzebne rzeczy, bo kasa się kończy, a niestety rezydentury nie dostałam, bo z racji ciąży byłam na zwolnieniu i tak się to ciągnie. To nic, że NAPRAWDĘ miałam powody bycia na L4. Co z resztą mówić, jestem zaskoczona i zła z tego powodu, bo specjalnie się starałam, żeby się dostać, żeby mieć trochę więcej pieniędzy (wiadomo, dzieci kosztują, a niestety pensja szpitalna to grosze...). Głupie przepisy. Odwołanie napisane, ale nie liczę na nic.

Z drugiej strony powinnam się cieszyć, że w ogóle obydwoje mamy pracę. I że mamy Dzidziura. Na razie co prawda w środku (o, słodki ciężarze brzuszny!), ale już niedługo...

Torba do szpitala niemal spakowana. Badania już prawie porobione. Anestezjolog do cięcia- zdaję się na szefa w tej kwestii :)

Mała się wierci, też jej się dłuży. Jeszcze niecałe trzy tygodnie.

piątek, 27 czerwca 2014
Głuchota wybiórcza

 

Rozmowa telefoniczna z moją osobistą Mamą.


Mama: Kup sobie buty, widziałam fajne w sklepie X.

Ja: Nie mam już kasy na buty, Dzidziura obkupiłam.

M: Co zrobiłaś??

J: Obkupiłam Dzidziura!!

M: COOO?????

J (krzycząc do słuchawki): KUPIŁAM DZIECKU WIELE RZECZY!!!!!!!!

M: No nie słyszę, coś Ty zrobiła???!!!

J (ledwie słyszalnym szeptem): Ja pierd..ę...

M: NIE PRZEKLINAJ!

 

xD

wtorek, 10 czerwca 2014
Brzuch

Idę sobie z panią z rejestracji (astma mnie dopadła znowu) do poradni.

- Który to już miesiąc?- pyta się

- Ósmy...- jęczę.

- O, to na pewno pani ciężko w takie upały... I jeszcze brzuch ma pani TAKI OGROMNY!!! Ja takiego nie miałam na pewno, a rodziłam w ósmym miesiącu! Miałam dużo mniejszy!

- A niech cię...- myślę-... szczury i myszy nawiedzają, zołzo...

 

Niech ktoś wyłączy ogrzewanie, bo niedługo pójdę spać do piwnicy...

 

niedziela, 01 czerwca 2014
Tak na szybko

Z okazji Dnia Dziecka- wszystkim dzieciom składam najlepsze życzenia :)

A tak na szybko z dobrych wiadomości- dostałam się na rezydenturę z odwołania (próg w pierwszym postępowaniu był tak wysoki, że dostałabym się na KAŻDĄ specjalizację, łącznie z kardiologią, dermatologią, okulistyką, ale nie na anestezję ;)

Także jestem przeszczęśliwa i jutro, jak wszystko pójdzie dobrze, zaczynam pracę na zupełnie nową umowę :)

21:30, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (16) »
czwartek, 29 maja 2014
O tym, jak Grecja koniecznie chciała mieć nowego obywatela

Teoretycznie, ale to bardzo teoretycznie, można podróżować w ciąży do 32 tygodnia (z tego, co pamiętam), stwierdziłam więc, że 28 tydzień to jak najbardziej ostatni dzwonek na jakiekolwiek samolotowe wakacje, zaopatrzyłam się więc w niezbędne dokumenty, odwiedziliśmy z Mężem ginekologa, żeby nam wystawił stosowne zaświadczenie, jakie chciała pani z biura podróży I...a (sobie dopowiedzcie, co za biuro i nigdy z nim nie jedźcie nigdzie!) i polecieliśmy pewnymi czeskimi liniami na Kretę. Bez żadnych problemów przeszliśmy odprawę w Polsce, a zaświadczenie widzieli wszyscy z obsługi, łącznie z rezydentami z biura podróży.

Och, było ciepło, tak jak lubię, czyli nie za upalnie, ale słonecznie, morze piękne i czyste, już dość ciepłe, krajobrazy bajeczne, roślinność niespotykana, ludzie przesympatyczni! Zwiedziliśmy sami połowę wyspy :)

Ale temat miał być o czymś innym.

Tak więc po tygodniu niemal w raju, wracamy sobie na lotnisko z naszą grupą i panem z I...i. Jest godzina 3 rano. Przechodzimy odprawę, pokazujemy papiery, jest ok. Siedzimy sobie i czekamy na nasz samolot.

Jakieś pół godziny przed odlotem podchodzi do nas pani z obsługi samolotu i każe pokazać zaświadczenie od ginekologa, że jestem w ciąży. Pokazuję, a ona na to (autorka przetłumaczyła ten słabowity angielski na polski):

- Ale proszę państwa, to nie takie zaświadczenie! Musi być napisane, że jest pani "fit to fly"! Ja to pokażę kapitanowi!

I oczywiście, jak można się było spodziewać, zostaliśmy na lotnisku.

Nic nie dało tłumaczenie, że jestem lekarzem, że polecę na własną odpowiedzialność, że WSZYSCY widzieli te zaświadczenie w Polsce i nie było problemu z przylotem na Kretę (to były te same czeskie linie).

Dosłownie: czeski film na Krecie!

Nasz wspaniałomyślny rezydent powiedział, że albo możemy sobie zostać na lotnisku, albo pojedziemy na własny koszt taksówką do hotelu na śniadanie (50 euro w jedną stronę), gdzie sobie poczekamy, aż on nam załatwi ginekologa, ale to niepewne, bo jest niedziela.

No aż usiadłam z wrażenia.

On nas ze sobą nie weźmie, bo nie może, więc jesteśmy skazani na siebie.

Zostaliśmy na lotnisku... 4 rano, samolot poleciał bez nas. Dziecko mi się rusza na wszystkie strony, ja zdenerwowana, Mąż wkur...ny, bez opieki, bez biletów, z pomiętolonym zaświadczeniem i z jedną wielką niewiadomą, kiedy polecimy do Polski. Rezydent miał się odezwać między 8 a 9.

Mąż wpadł na pomysł, żeby zadzwonić do naszego ginekologa, żeby nam wysłał pocztą zaświadczenie. Obsługa powiedziała, że może tak być. Dzwonię, modląc się w duchu, żeby odebrał telefon... W Polsce jest 4 rano... Na Krecie 5... Kolejny samolot do Polski- o 13, dwa miejsca wolne.

Odbiera, przepraszam, tłumaczę mu całą sytuację, prawie płacząc... Obiecuje pomóc. Okazuje się jednak, że trochę to potrwa, bo doktor nie zna angielskiego, nie umie skanować ani wysyłać załączników na poczcie...

Dzwonię do niego kilkukrotnie, żeby po kolei mu wytłumaczyć, co ma napisać, jak to zrobić, itp. Dziecko mi niemal wyskakuje z macicy, taka jestem nabuzowana. Udaje się po kilku godzinach! Jest po 9 rano.

Dzwonię do rezydenta, bo oczywiście o nas zapomniał. On wie, że sa wolne miejsca na lot do Polski, ale czeka na potwierdzenie.

-Czego potwierdzenie???!!!- pytam się, ale nie odpowiada. Mówi, że oddzwoni do nas inna pani za godzinę.

Okazuje się, że owszem, miejsca są, ale bilety to już musimy sobie kupić sami. Pytam się, czy sobie przypadkiem ze mnie nie żartuje! Podała mi numer telefonu do innego biura podróży w Polsce.

Dzwonię. Pani z biura chce numer karty kredytowej. "Nie mam!" To może ktoś w Polsce zapłacić. Dwie godziny przed odlotem??????? Błagam panią, żeby mnie nie zostawiała, bo zaraz urodzę na Krecie. Prawie płaczę jej w słuchawkę. Obiecuje pomóc.

Godzinę przed odlotem płacimy gotówką za bilety. OSTATNIE euro, jakie mamy w portfelu.

I tak nie jesteśmy pewni, czy polecimy, bo mamy zaświadczenie po angielsku, ale nie na odpowiednim formularzu.

Na szczęście udaje nam się wejść do samolotu i po 3 godzinach lądujemy w Polsce, niestety nie na tym lotnisku, także trzeba jeszcze pojechać pociągiem po samochód...

W domu jesteśmy prawie 24 godziny później...

Także przestrzegam przed biurem podróży I...a. Wszystko jest dobrze, póki jest dobrze, a w razie problemów zostawiają na lodzie. Jesteśmy po rozmowie z Rzecznikiem Praw Konsumenta, piszemy reklamację, chociaż tego, co przeżyliśmy na lotnisku, SAMI, nie da się tak naprawdę w żaden sposób wynagrodzić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl