czwartek, 29 maja 2014
O tym, jak Grecja koniecznie chciała mieć nowego obywatela

Teoretycznie, ale to bardzo teoretycznie, można podróżować w ciąży do 32 tygodnia (z tego, co pamiętam), stwierdziłam więc, że 28 tydzień to jak najbardziej ostatni dzwonek na jakiekolwiek samolotowe wakacje, zaopatrzyłam się więc w niezbędne dokumenty, odwiedziliśmy z Mężem ginekologa, żeby nam wystawił stosowne zaświadczenie, jakie chciała pani z biura podróży I...a (sobie dopowiedzcie, co za biuro i nigdy z nim nie jedźcie nigdzie!) i polecieliśmy pewnymi czeskimi liniami na Kretę. Bez żadnych problemów przeszliśmy odprawę w Polsce, a zaświadczenie widzieli wszyscy z obsługi, łącznie z rezydentami z biura podróży.

Och, było ciepło, tak jak lubię, czyli nie za upalnie, ale słonecznie, morze piękne i czyste, już dość ciepłe, krajobrazy bajeczne, roślinność niespotykana, ludzie przesympatyczni! Zwiedziliśmy sami połowę wyspy :)

Ale temat miał być o czymś innym.

Tak więc po tygodniu niemal w raju, wracamy sobie na lotnisko z naszą grupą i panem z I...i. Jest godzina 3 rano. Przechodzimy odprawę, pokazujemy papiery, jest ok. Siedzimy sobie i czekamy na nasz samolot.

Jakieś pół godziny przed odlotem podchodzi do nas pani z obsługi samolotu i każe pokazać zaświadczenie od ginekologa, że jestem w ciąży. Pokazuję, a ona na to (autorka przetłumaczyła ten słabowity angielski na polski):

- Ale proszę państwa, to nie takie zaświadczenie! Musi być napisane, że jest pani "fit to fly"! Ja to pokażę kapitanowi!

I oczywiście, jak można się było spodziewać, zostaliśmy na lotnisku.

Nic nie dało tłumaczenie, że jestem lekarzem, że polecę na własną odpowiedzialność, że WSZYSCY widzieli te zaświadczenie w Polsce i nie było problemu z przylotem na Kretę (to były te same czeskie linie).

Dosłownie: czeski film na Krecie!

Nasz wspaniałomyślny rezydent powiedział, że albo możemy sobie zostać na lotnisku, albo pojedziemy na własny koszt taksówką do hotelu na śniadanie (50 euro w jedną stronę), gdzie sobie poczekamy, aż on nam załatwi ginekologa, ale to niepewne, bo jest niedziela.

No aż usiadłam z wrażenia.

On nas ze sobą nie weźmie, bo nie może, więc jesteśmy skazani na siebie.

Zostaliśmy na lotnisku... 4 rano, samolot poleciał bez nas. Dziecko mi się rusza na wszystkie strony, ja zdenerwowana, Mąż wkur...ny, bez opieki, bez biletów, z pomiętolonym zaświadczeniem i z jedną wielką niewiadomą, kiedy polecimy do Polski. Rezydent miał się odezwać między 8 a 9.

Mąż wpadł na pomysł, żeby zadzwonić do naszego ginekologa, żeby nam wysłał pocztą zaświadczenie. Obsługa powiedziała, że może tak być. Dzwonię, modląc się w duchu, żeby odebrał telefon... W Polsce jest 4 rano... Na Krecie 5... Kolejny samolot do Polski- o 13, dwa miejsca wolne.

Odbiera, przepraszam, tłumaczę mu całą sytuację, prawie płacząc... Obiecuje pomóc. Okazuje się jednak, że trochę to potrwa, bo doktor nie zna angielskiego, nie umie skanować ani wysyłać załączników na poczcie...

Dzwonię do niego kilkukrotnie, żeby po kolei mu wytłumaczyć, co ma napisać, jak to zrobić, itp. Dziecko mi niemal wyskakuje z macicy, taka jestem nabuzowana. Udaje się po kilku godzinach! Jest po 9 rano.

Dzwonię do rezydenta, bo oczywiście o nas zapomniał. On wie, że sa wolne miejsca na lot do Polski, ale czeka na potwierdzenie.

-Czego potwierdzenie???!!!- pytam się, ale nie odpowiada. Mówi, że oddzwoni do nas inna pani za godzinę.

Okazuje się, że owszem, miejsca są, ale bilety to już musimy sobie kupić sami. Pytam się, czy sobie przypadkiem ze mnie nie żartuje! Podała mi numer telefonu do innego biura podróży w Polsce.

Dzwonię. Pani z biura chce numer karty kredytowej. "Nie mam!" To może ktoś w Polsce zapłacić. Dwie godziny przed odlotem??????? Błagam panią, żeby mnie nie zostawiała, bo zaraz urodzę na Krecie. Prawie płaczę jej w słuchawkę. Obiecuje pomóc.

Godzinę przed odlotem płacimy gotówką za bilety. OSTATNIE euro, jakie mamy w portfelu.

I tak nie jesteśmy pewni, czy polecimy, bo mamy zaświadczenie po angielsku, ale nie na odpowiednim formularzu.

Na szczęście udaje nam się wejść do samolotu i po 3 godzinach lądujemy w Polsce, niestety nie na tym lotnisku, także trzeba jeszcze pojechać pociągiem po samochód...

W domu jesteśmy prawie 24 godziny później...

Także przestrzegam przed biurem podróży I...a. Wszystko jest dobrze, póki jest dobrze, a w razie problemów zostawiają na lodzie. Jesteśmy po rozmowie z Rzecznikiem Praw Konsumenta, piszemy reklamację, chociaż tego, co przeżyliśmy na lotnisku, SAMI, nie da się tak naprawdę w żaden sposób wynagrodzić.

piątek, 16 maja 2014

Stało się. Od kilkunastu dni jestem na zwolnieniu lekarskim, z powodów zdrowotnych. Tak raczej już zostanie do końca ciąży. Jeszcze dwa miesiące zostały i przestanie być tak cicho i spokojnie w domu ;)

Generalnie sądząc po intensywności ruchów Małej, będziemy mieli przekichane, bo może cały czas fikać koziołki w brzuchu, 24/7 :)

Przerażająca jest wizja kobiety w ciąży kreowana przez wszelkie fora internetowe, książki, aplikacje, itp. Mam taki zwyczaj, że sobie poczytuję, co się dzieje z dzidziurem na początku każdego tygodnia ciąży. Piszą też o kobiecie... "Możesz skarżyć się na: bóle głowy, obrzęki stóp, podudzi, twarzy, rąk, żylaki (w różnych dziwnych miejscach), możesz mieć problemy z cerą, zaparcia, wzdęcia, możesz sikać tryliard razy dziennie, wypadną Ci włosy, paznokcie i rzęsy, możesz mieć nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, krwotoki z nosa i nie tylko, itp."

Jak to czytam, to mi się słabo robi... Nie wiem, jakim cudem dotrwałam do tego etapu bez tego całego bagażu "doświadczeń". Jak się mnie pytają, jak się czuję, a ja mówię, że wyśmienicie, to rozmówca kiwa głową z niedowierzaniem.

Mój ginekolog ostatnio stwierdził, że mam więcej planów na trzeci trymestr niż on na cały przyszły rok ;)

Aktualnie korzystam na razie z tygodnia urlopu i wylatujemy na Kretę. Oczywiście mam się oszczędzać (ginekolog zasugerował, żebym wzięła coś na uspokojenie, ale czym tu się denerwować, mając w perspektywie słońce, krystaliczne morze i pyszne jedzenie?). Trzymajcie kciuki, żeby mnie wpuścili do samolotu, bo mam trochę nadbagażu w brzuchu :)

sobota, 26 kwietnia 2014

Szef ma czasami takie zrywy naukowe. Przez wiele, wiele dni nawet nie zauważa, że istnieję, chyba że coś ode mnie chce ("niech pani zastąpi doktora X. w poradni"), a potem nagle ni z tego, ni z owego, zaczyna mi tłumaczyć wykresy na monitorze albo pokazywać, jak się robi drenaż opłucnej. Ostatnio zaczął mi zadawać niewygodne pytania medyczne, na które oczywiście nie znałam odpowiedzi (w myślach prosiłam "nie bij, nie bij!!" :)), co tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, jak wiele jeszcze przede mną.

Praktycznych rzeczy mi nie pozwalają robić, choć może nie tyle nie pozwalają, co nie są chętni, by zabierać im pracę. Przez pół roku "nauki" raz sama założyłam wkłucie centralne (po wielokrotnych nieudanych próbach byłam pewna, że mi się nie uda, a trafienie prosto w żyłę za pierwszym razem tak mnie zdziwiło, że zapomniałam, co się robi dalej ;) i ostatnio prawie sama- zrobiłam tracheotomię (tracheostomię?) przezskórną. Również mnie to zaskoczyło- trafiłam na doktora, który CHCIAŁ mnie nauczyć. Fakt, że rzadko pojawia się na OIOM'ie (mamy raczej stały skład) trochę mnie smuci.

Tak poza tym, mam nadzieję, że nie zabrzmię nieczule, ale śmierć nie robi na mnie wrażenia, jest dla mnie raczej kolejnym etapem, w który wchodzi część naszych pacjentów, najczęściej od początku już wiadomo, że ten konkretny ktoś umrze. Tylko proszę mnie nie traktować jak nieczułą sukę, chodzi mi bardziej o to, że staram się patrzeć na pacjentów jak lekarz, nie jak ktoś z zewnątrz, bo inaczej chyba bym zwariowała, tyle śmierci wokół. Emocjonalny dystans jest ważny. I żeby nie było- oczywiście walczymy, często jednak okazuje się, że człowiek ma silniejszą wolę, by umrzeć, niż żyć.

I tak jestem zaskoczona, jak wiele osób mimo wszystkich swoich problemów jednak przeżywa OIOM i wychodzi na inny oddział (w lepszym bądź gorszym stanie, ale jednak żywi).

*   *   *

Odpowiadając na komentarz pod postem niżej- nie dostałam rezydentury, co nie jest dla mnie dużym zaskoczeniem, ale czekam na wyniki odwołania, które mam nadzieję- będą pozytywne :)

*  *   *

Zmieniając temat- brzuch robi się coraz większy, a co za tym idzie- dzidziur też rośnie jak na drożdżach. Aktualnie jesteśmy na etapie wyboru wózka i muszę przyznać, że można dostać zawrotów głowy od tych wszystkich bajerów, jakie oferują firmy! Najchętniej kupiłabym wszystko, ale funduszy brak :)

Będzie dziewczynka. Na razie nie ma imienia, bo codziennie podoba nam się inne, ale jeszcze mamy chwilę na zastanowienie się :)

środa, 26 marca 2014
Nie chcę zapeszać, ale...

...czuję się znakomicie. Od początku ciąży z resztą tak było. To już piąty miesiąc, a ja:

- nie wiem, co to mdłości/ wymioty

- nie wiem, co to budzenie w nocy męża, żeby przyniósł mi słoik ogórków ze sklepu całodobowego (ogólnie uważam i zawsze uważałam "zachcianki" ciążowe za wymysł ciężarnych)

- nie wiem, co to nieprzespane noce, bo każdej nocy śpię (oprócz dwóch przerw na nocne wizyty ;)

- nie pamiętam, żeby mnie coś bolało, męczyło, dusiło, a jak coś boli, to staram się o tym nie myśleć (przecież i tak nie wezmę nic na ból, bo nie mogę)

- nie kupiłam jeszcze nic. Za to przyszła babcia kupiła już różne różności, których dokładnie nawet nie przeglądałam (generalnie czekam na moment, w którym nawet jak się małe urodzi, to da sobie radę, więc na razie nie zapeszam)

- funkcjonuję jak przed ciążą (poza fitnessem i blokiem operacyjnym)

- generalnie jest mi dobrze, czuję się świetnie i na nic nie narzekam

- chodzę do pracy (w przeciwieństwie do moich koleżanek ze szkoły rodzenia, które poszły na L4 zaraz po nasikaniu na test ciążowy) i nie wiem, kiedy przestanę, bo podoba mi się coraz bardziej

- czuję już, jak małe się rusza i kopie :) niesamowite uczucie!! :)

- nie wiem jeszcze na 100% jakiej jest płci, ale to nieważne, bo kocham je okrutnie i nie mogę się go doczekać :)

niedziela, 16 marca 2014

W pracy trochę ruszyło. Założyłam samodzielnie wkłucie do tętnicy promieniowej (dobrze, że pan był nieprzytomny, bo trochę się namęczyłam) i prawie sama- wkłucie centralne. Wciąż i wciąż czuję się jak totalny głupek, zwłaszcza w porównaniu z moimi kolegami z oddziału, z których jeden jest mądrzejszy od drugiego. Szkoda tylko, że wiedzą za bardzo nie chcą się dzielić, ale przynajmniej zaakceptowali mnie jako członka zespołu (jakkolwiek dziwnie to brzmi ;)

Staram się jak mogę, ale wiem, że stać mnie na więcej. Niestety, ale jestem skutecznie zdemotywowana od kilku ostatnich miesięcy. Czuję jednak poprawę w powietrzu, pielęgniarki wiedzą już, jak się nazywam, większość lekarzy mówi mi po imieniu (oprócz szefa, ale pracuję nad tym). Wychodziłam sobie przedłużenie umowy o pracę na czas specjalizacji, przez co pani w kadrach oraz pani dyrektor nie mogą na mnie patrzeć. Jednocześnie zyskałam w oczach szefa jako osoba, która potrafi dbać o swoje interesy. Cóż, będę miała dziecko, więc muszę walczyć jak lwica o swoje dochody.

Najlepiej jest w poradni anestezjologicznej, bo jestem samodzielna, przynajmniej przez większą część czasu. Ostatnio załatwiam też konsultacje anestezjologiczne, trochę jestem tym przerażona, bo pacjenci skomplikowani i schorowani, a ja taka nieopierzona. Zawsze jednak mam świadomość, że mogę zadzwonić na oddział i się dopytać o pewne sprawy.

Tęsknię jednak za blokiem operacyjnym.

Cóż, dziwna sprawa, bo koleżanka z Białego, też ciężarna, chodzi na blok, a do OIOM'u nawet się nie zbliża. Jak usłyszała, że u mnie jest na odwrót, to się zaskoczyła. Sama nie wiem, gdzie bezpieczniej, pewnie w domu, ale wystarczy mi, że macierzyński będzie trwał wieczność...

17:35, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl