wtorek, 03 grudnia 2013
Pierwsze dni w nowej pracy...

... mijają powoli i spokojnie. Chciałoby się rzec- za spokojnie. Może poza referatem na temat respiratorowego zapalenia płuc, który przypadkiem muszę napisać na kiedyśtam ;)

Tak więc jestem na specjalizacji z anestezji, niestety na etacie, bo konkurencja była duża i zabrakło mi punktów. Cieszę się jednak, że mam pracę, choć z drugiej strony czuję się przegrana. Zwłaszcza, że z mojego otoczenia wszyscy się dostali na rezydenturę, mając nawet mniej punktów niż ja.

Może to z tego powodu jestem trochę niepewna siebie, zupełnie jakbym zapomniała, czego się już zdążyłam nauczyć do tej pory. Nie mam też na razie opiekuna specjalizacji, a w mojej szafce jest jakaś reklamówka, więc do końca nie wiem, czy nie zajmuję czyjegoś miejsca.

Motam się więc to tu, to tam, jak liść na wietrze, czując się coraz głupsza i coraz bardziej niepewna. Trochę też aspołeczna.

Nie powiem, że jest świetnie, bo nie jest. Ale nie jest też najgorzej.

16:41, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (5) »
piątek, 22 listopada 2013
Będąc pacjentem

 

Szpital to zajebiste miejsce, zwłaszcza, jeżeli jest się lekarzem. Od strony pacjenta to zupełna kicha, wielka i śmierdząca, a już zwłaszcza, jak pacjent jest żywy, świadomy i co najlepsze- jest lekarzem.

Tak, tak, niedawno miałam okazję uczestniczyć w codzienności pacjenciej, sama będąc owym, i nie polecam.

Zacznijmy od tego, że w szpitalu na Rubieży szpitalne posiłki są… najlepsze określenie, jakie mi przychodzi do głowy, to- niezdrowe i ubogie. Na Boga, pierwszego dnia pobytu myślałam, że umrę z głodu i nawet poszłam zobaczyć w kartę, czy aby ktoś z kolegów nie dopisał mi złośliwie „dieta”. Tu uprzejmie donoszę, że żadnej takiej nie stosuję, bo nie muszę, tyłek mam doskonały.

„Diety” nie miałam. Na śniadanie: zimna parówka, jedno jajko, dwie kromki chleba, kawałek taniej i śmierdzącej margaryny, plasterek sera. Podałam menu, które składało się na 3 śniadania. Aaaa, zapomniałabym o ZUPIE MLECZNEJ- hicie przedszkoli i podstawie diety w szpitalu :D  (fuuuuuu)

Kolacja podobnie, o obiedzie nie wspomnę (może tylko sławny kotlet mielony z chleba i mięsa- oj, podniebienia mojego się nie oszuka…).

Pierwszego dnia zrobiono mi wszystkie możliwe badania, łącznie z wkłuciem lędźwiowym…

Zabawna historia- siedzę sobie na krześle, tyłem do pani Doktor, aż tu nagle i niespodziewanie dostałam w plecy LODOWATĄ cieczą. Po czym słyszę:

- Zimne będzie!!

No co ty…

***

Żyły mam cudowne, choć nie wiem, czy jako kobiecie wypada mi się nimi chwalić, ale nikt nigdy nie miał problemów z wkłuciem. Do czasu, aż zostałam pacjentem i pielęgniarki (o tak, torturowała mnie więcej niż jedna) poprzebijały mi większość naczyń na obu rękach i w końcu przypadkiem wkłuły się podskórnie.

Poszłam spać, śniło mi się, że boli mnie ręka, oj, jak bolała!

Obudziłam się z bulwą w dole łokciowym. Połowy kroplówki nie było…

***

Po pierwszym dniu intensywnych badań musiałam leżeć płasko, bo przecież miałam wkłucie lędźwiowe. Leżę więc sobie, oczy mi się kleją, aż tu nagle widzę, a nade mną stoi ksiądz. Myślę sobie: „matko, umarłam?”, ale widzę go dość wyraźnie. Otwieram oczy i słyszę siebie mówiącą księdzu:

- O, Jezu!!- oprzytomniałam- to znaczy przepraszam, o Boże!!

Mina księdza bezcenna.

***

Jakiś czas później- wciąż leżę, bo kazali mi płasko po wkłuciu. Wchodzi jakieś babsko.

- Oooo… taka młoda na oddziale… miała wkłucie… to nie dobrze… a na co leży??

Patrzę się na nią i złośliwie mówię:

- NA PEWNO na coś zakaźnego.

Już więcej jej nie widziałam :D

***

Generalnie nic złego mi nie wyszło. Ale nigdy więcej.

wtorek, 08 października 2013
Sinusoida

Dobrze- źle- dobrze- źle- dzień zyskany- dzień stracony... Tak mija mi staż. Generalnie ostatnio mam te lepsze dni, może dlatego, że nie muszę już się stresować, przynajmniej na razie, bo jak się okaże, że jednak wszyscy napisali LEK lepiej ode mnie, to będzie kicha o_O Na razie jednak żyję w błogiej nieświadomości istnienia :)

Intubuję, wentyluję, łażę za anestezjologami, kręcę się po OIOM'ie i po Bloku Operacyjnym. Łażę na SOR i wtykam nos w nie swoich pacjentów. Zaglądam na chirurgię. Słowem- luz blues. Nikt nic ode mnie nie chce, nikt mi nic nie każe, mogę sobie zapełniać dni jak uważam- ma to swoje dobre strony, zaczynam zwiększać iloraz inteligencji i kreatywność :)

A dziś po raz pierwszy zostałam nazwana po imieniu przez anestezjologa (do tej pory ku mojemu przerażeniu wszyscy mówili do mnie per "pani doktor", ale postanowiłam się nie wychylać i dać im trochę czasu). Ha! Więc już nie jestem jakąśtam stażystką, anonimową twarzą, którą się zapomni zaraz po jej wyjściu z oddziału.

Już jestem ich człowiekiem :)

18:15, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 01 października 2013

Od dziś kolejne pokolenie stażystów walczy z systemem. Mi minął rok pracy. Jak to szybko poleciało...

Czy nauczyłam się czegoś? Hmmm... w sumie tak, chociaż część czasu zmarnowałam. Niestety, ale nie wszystkich i nie wszystko da się lubić, co skutkowało mniejszą lub większą chęcią do przychodzenia do pracy, i w konsekwencji do nauki. Na pewno jestem bardziej pewna tego, co robię, chociaż i tak nie tak pewna, jak wyobrażałam sobie, że będę.

Nie pamiętam już, kiedy byłam w "normalnej", szpitalnej pracy (najpierw rodzinna, potem urlop, potem znowu rodzinna i tak minęły prawie dwa miesiące), więc trochę się boję tego, co będzie jutro... Szczerze mówiąc, to tak się rozleniwiłam, że pewnie ciężko będzie mi wstać rano z łóżka :)

Dokumenty na specjalizację złożone, choć trzeba będzie pewnie dowieźć parę dokumentów, ale to w stosownym czasie. Na razie miesiąc niecierpliwego czekania, co dalej.

W końcu wybrałam anestezjologię. Zabawne, jak życie się toczy :) ale i tak kardiologia jest moją miłością medyczną, była, jest i będzie, choć anestezję też pokocham z takim samym zapałem, jestem tego pewna. Nie wiem, czy to dobry wybór, ciężko jest powiedzieć to teraz, niemal nie będąc anestezjologicznie doświadczoną. Pamiętam, jak bardzo zawiódł mnie staż na anestezjo, więc od przyszłej pracy na razie nie wymagam za dużo :)

21:31, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (8) »
środa, 25 września 2013
Na ostatnią chwilę

Nie chcę narzekać, ale naprawdę CEM (centrum egzaminów medycznych) robi sobie z nas jaja za każdym razem. Tylko, że ty razem jest trochę inaczej- bo składam papiery na specjalizację. Dobrze, może jest jeszcze chwila (dosłownie) na dostarczenie papierów i na całą resztę, ale doprawdy- jak coś będzie mi brakować i będę się tryliard razy wracać do Rubieży, to ktoś za to zapłaci...

Co to za pomysły, żeby wyniki egzaminu, skądinąd jak do tej pory najważniejszego, w dodatku decydującego o mojej przyszłości, publikować na ostatnią chwilę... I to jeszcze wieczorem! No szkoda, że nie w nocy, bo tak się składa, że cały dzień siedzę przyklejona do komputera i co minutę sprawdzam, czy już coś wiadomo.

Robią z nas debili.

Począwszy od pytań, przez durny regulamin (który zabrania picia i jedzenia w trakcie 4 godz. egzaminu), aż po wyniki.

Bałagan w tym kraju...

13:16, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (8) »
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl