niedziela, 15 grudnia 2013
Leczę duszę z silnego przedawkowania rzeczywistości

Ostatnio jestem jak nie ja, zupełnie jakbym stała obok i przyglądała się tej dziwnej kreaturze, która ma moją twarz, a zachowuje się, jakby straciła wszystkie zmysły. Gdzieś podział mi się napęd i to moje ADHD wewnętrzne, ten pęd do wiedzy i chęci bycia najlepszym. 

Ostatnio mam ochotę zwinąć się w koc i żeby mi nikt nie przeszkadzał.

Jakiś czas temu byłam na kursie ratowniczym i był tam taki chłopak, który wiedzą i umiejętnościami przypominał mi mnie kilka lat temu. Wszystko, co robił, było poukładane, logiczne i spójne, każdy wiedział, co ma robić. Pamiętam doskonale, jak ja byłam takim kierownikiem na zajęciach. A teraz? Niby wiedziałam, co robić, ale to było takie... nijakie. Właśnie, dobre określenie. Jestem NIJAKA. Wiedziałam, że nie daję z siebie 100%.

Zapewne chodzi o specjalizację. Dobrze, że choć tu się mogę wygadać, bo mam wrażenie, że mój mąż ma dość słuchania w kółko tych samych narzekań. Nie dostałam się na specjalizację, co tak złamało moją wiarę w siebie, że teraz sto razy się pytam, zanim coś zrobię, a i tak najczęściej mi nie wychodzi. Owszem, pracuję na etacie, ale oprócz tego jestem nikim. Nikim. Mój obowiązek to przychodzenie do pracy. Nic poza tym. Nikt mi nic nie pokazuje, prawie nikt się do mnie nie odzywa, czuję się jak piąte koło u wozu. Niczego nowego się nie nauczyłam od dwóch tygodni. Mój mózg powoli zamienia się w szarą masę nicości.

Umowa ze szpitalem kończy mi się kilka miesięcy po lutowym LEPie, szpital nie ma kasy na kolejny etat, więc jak w marcu się nie dostanę, to zostaję z niczym. Zastanawiam się poważnie, czy nie pójść inną drogą, bo teraz jest tak okropnie, że codziennie mam ochotę zanieść wypowiedzenie dyrekcji. Jakbym wiedziała, że tak będzie, to być może moja decyzja o specjalizacji byłaby inna.

Biorę pod uwagę kilka możliwości, ale żadna tak do końca mi się nie podoba. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Jestem w takim dołku i w tak czarnej dupie, że masakra.

wtorek, 03 grudnia 2013
Pierwsze dni w nowej pracy...

... mijają powoli i spokojnie. Chciałoby się rzec- za spokojnie. Może poza referatem na temat respiratorowego zapalenia płuc, który przypadkiem muszę napisać na kiedyśtam ;)

Tak więc jestem na specjalizacji z anestezji, niestety na etacie, bo konkurencja była duża i zabrakło mi punktów. Cieszę się jednak, że mam pracę, choć z drugiej strony czuję się przegrana. Zwłaszcza, że z mojego otoczenia wszyscy się dostali na rezydenturę, mając nawet mniej punktów niż ja.

Może to z tego powodu jestem trochę niepewna siebie, zupełnie jakbym zapomniała, czego się już zdążyłam nauczyć do tej pory. Nie mam też na razie opiekuna specjalizacji, a w mojej szafce jest jakaś reklamówka, więc do końca nie wiem, czy nie zajmuję czyjegoś miejsca.

Motam się więc to tu, to tam, jak liść na wietrze, czując się coraz głupsza i coraz bardziej niepewna. Trochę też aspołeczna.

Nie powiem, że jest świetnie, bo nie jest. Ale nie jest też najgorzej.

16:41, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (5) »
piątek, 22 listopada 2013
Będąc pacjentem

 

Szpital to zajebiste miejsce, zwłaszcza, jeżeli jest się lekarzem. Od strony pacjenta to zupełna kicha, wielka i śmierdząca, a już zwłaszcza, jak pacjent jest żywy, świadomy i co najlepsze- jest lekarzem.

Tak, tak, niedawno miałam okazję uczestniczyć w codzienności pacjenciej, sama będąc owym, i nie polecam.

Zacznijmy od tego, że w szpitalu na Rubieży szpitalne posiłki są… najlepsze określenie, jakie mi przychodzi do głowy, to- niezdrowe i ubogie. Na Boga, pierwszego dnia pobytu myślałam, że umrę z głodu i nawet poszłam zobaczyć w kartę, czy aby ktoś z kolegów nie dopisał mi złośliwie „dieta”. Tu uprzejmie donoszę, że żadnej takiej nie stosuję, bo nie muszę, tyłek mam doskonały.

„Diety” nie miałam. Na śniadanie: zimna parówka, jedno jajko, dwie kromki chleba, kawałek taniej i śmierdzącej margaryny, plasterek sera. Podałam menu, które składało się na 3 śniadania. Aaaa, zapomniałabym o ZUPIE MLECZNEJ- hicie przedszkoli i podstawie diety w szpitalu :D  (fuuuuuu)

Kolacja podobnie, o obiedzie nie wspomnę (może tylko sławny kotlet mielony z chleba i mięsa- oj, podniebienia mojego się nie oszuka…).

Pierwszego dnia zrobiono mi wszystkie możliwe badania, łącznie z wkłuciem lędźwiowym…

Zabawna historia- siedzę sobie na krześle, tyłem do pani Doktor, aż tu nagle i niespodziewanie dostałam w plecy LODOWATĄ cieczą. Po czym słyszę:

- Zimne będzie!!

No co ty…

***

Żyły mam cudowne, choć nie wiem, czy jako kobiecie wypada mi się nimi chwalić, ale nikt nigdy nie miał problemów z wkłuciem. Do czasu, aż zostałam pacjentem i pielęgniarki (o tak, torturowała mnie więcej niż jedna) poprzebijały mi większość naczyń na obu rękach i w końcu przypadkiem wkłuły się podskórnie.

Poszłam spać, śniło mi się, że boli mnie ręka, oj, jak bolała!

Obudziłam się z bulwą w dole łokciowym. Połowy kroplówki nie było…

***

Po pierwszym dniu intensywnych badań musiałam leżeć płasko, bo przecież miałam wkłucie lędźwiowe. Leżę więc sobie, oczy mi się kleją, aż tu nagle widzę, a nade mną stoi ksiądz. Myślę sobie: „matko, umarłam?”, ale widzę go dość wyraźnie. Otwieram oczy i słyszę siebie mówiącą księdzu:

- O, Jezu!!- oprzytomniałam- to znaczy przepraszam, o Boże!!

Mina księdza bezcenna.

***

Jakiś czas później- wciąż leżę, bo kazali mi płasko po wkłuciu. Wchodzi jakieś babsko.

- Oooo… taka młoda na oddziale… miała wkłucie… to nie dobrze… a na co leży??

Patrzę się na nią i złośliwie mówię:

- NA PEWNO na coś zakaźnego.

Już więcej jej nie widziałam :D

***

Generalnie nic złego mi nie wyszło. Ale nigdy więcej.

wtorek, 08 października 2013
Sinusoida

Dobrze- źle- dobrze- źle- dzień zyskany- dzień stracony... Tak mija mi staż. Generalnie ostatnio mam te lepsze dni, może dlatego, że nie muszę już się stresować, przynajmniej na razie, bo jak się okaże, że jednak wszyscy napisali LEK lepiej ode mnie, to będzie kicha o_O Na razie jednak żyję w błogiej nieświadomości istnienia :)

Intubuję, wentyluję, łażę za anestezjologami, kręcę się po OIOM'ie i po Bloku Operacyjnym. Łażę na SOR i wtykam nos w nie swoich pacjentów. Zaglądam na chirurgię. Słowem- luz blues. Nikt nic ode mnie nie chce, nikt mi nic nie każe, mogę sobie zapełniać dni jak uważam- ma to swoje dobre strony, zaczynam zwiększać iloraz inteligencji i kreatywność :)

A dziś po raz pierwszy zostałam nazwana po imieniu przez anestezjologa (do tej pory ku mojemu przerażeniu wszyscy mówili do mnie per "pani doktor", ale postanowiłam się nie wychylać i dać im trochę czasu). Ha! Więc już nie jestem jakąśtam stażystką, anonimową twarzą, którą się zapomni zaraz po jej wyjściu z oddziału.

Już jestem ich człowiekiem :)

18:15, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 01 października 2013

Od dziś kolejne pokolenie stażystów walczy z systemem. Mi minął rok pracy. Jak to szybko poleciało...

Czy nauczyłam się czegoś? Hmmm... w sumie tak, chociaż część czasu zmarnowałam. Niestety, ale nie wszystkich i nie wszystko da się lubić, co skutkowało mniejszą lub większą chęcią do przychodzenia do pracy, i w konsekwencji do nauki. Na pewno jestem bardziej pewna tego, co robię, chociaż i tak nie tak pewna, jak wyobrażałam sobie, że będę.

Nie pamiętam już, kiedy byłam w "normalnej", szpitalnej pracy (najpierw rodzinna, potem urlop, potem znowu rodzinna i tak minęły prawie dwa miesiące), więc trochę się boję tego, co będzie jutro... Szczerze mówiąc, to tak się rozleniwiłam, że pewnie ciężko będzie mi wstać rano z łóżka :)

Dokumenty na specjalizację złożone, choć trzeba będzie pewnie dowieźć parę dokumentów, ale to w stosownym czasie. Na razie miesiąc niecierpliwego czekania, co dalej.

W końcu wybrałam anestezjologię. Zabawne, jak życie się toczy :) ale i tak kardiologia jest moją miłością medyczną, była, jest i będzie, choć anestezję też pokocham z takim samym zapałem, jestem tego pewna. Nie wiem, czy to dobry wybór, ciężko jest powiedzieć to teraz, niemal nie będąc anestezjologicznie doświadczoną. Pamiętam, jak bardzo zawiódł mnie staż na anestezjo, więc od przyszłej pracy na razie nie wymagam za dużo :)

21:31, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Komentarze (8) »
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl