wtorek, 26 czerwca 2007
posesyjna studentka

Jestem juz na drugim roku :)

wczoraj dowiedziałam się, że zdałam już wszystkie egzaminy :)

Ach, a od jutra praktyki na kardiologii :)

tak przeze mnie wyczekiwane...

A, i jeszcze wyspać bym się chciała.

Jak czytam na www.forum.gazeta.pl, w dziale poświęconym studentom medycyny, że jakaś laska nie mając wyników z matury, chce już kupić anatomię, to mnie nerw trąca.

Jeszcze jej nauka wyjdzie bokiem, jak będzie się musiała uczyć codziennie.

Codziennie.

Z grubych książek.

Popieprzyło ją, bez kitu :)

Ja tym czasem wracam do pożyteczniejszych zajęć :)

19:23, doktor-bez-stetoskopu , Medycyna
Link Dodaj komentarz »
O tym, jak to z Łukaszem szturmowaliśmy WKU

Cholerna polska biurokracja doprowadza mnie do szału, a Łukasza do stresu. Byliśmy w Kołobrzegu, w WKU, bo miał błąd we wszcześniej wypisanych przez tamtejszych lekarzy papierach. Chodziło o wzrost, co akurat miało dość istotne znaczenie, nie wgłębiając się w szczegóły. Po to, aby poprawili jego wzrost z 186 cm na 183 cm, wstaliśmy o piątej rano (po czterech godzinach snu), pociąg był o szóstej, na miejscu bylismy o ósmej, następnie na doktora czekało się jakieś...dwie godziny...... podczas których:

Ja: czytałam książkę, słuchałam muzyki, dźgałam Łukasza w brzuch :) , spałam na plecach Łukasza, gryzłam go, spałam na krzesłach zsuniętych na kształt łóżka, siedziałam, nudziłam się, i tak w koło Macieja.

Łukasz: denerwował się (ale nie na mnie), próbował spać, co po moich głośnych protestach mu się w końcu nie udało, czytał moją babską książkę, obcałowywał mnie, nudził się.

Kiedy w końcu przyszedł pan doktor, trzeba było podzwonić po różnorakich instytucjach, które są kompetentniejsze, żeby coś z tym wzrostem Łukasza zrobić. Zajęło to trochę czasu. Potem spisało się zaświadczenia, co też trochę trwało, i czekało się półtora godziny na ich spisanie przez panią pielęgniarkę w kilku kopiach. Nastepnie jeszcze się czekało (dobijające), jakieś 1,5 godziny. W rezultacie jechalismy pociągiem o 14.37, w domu byliśmy o 16.15.

Zmęczeni.

Głodni.

Jedynym godnym uwagi faktem jest nasza znajomość z Patrykiem, z którym wracaliśmy do domu. A potem poszliśmy na pizzę i piwo.

Tak na marginesie głupio było oddychać piwem przy rodzicach.

Taki już komfort wakacji :)

niedziela, 24 czerwca 2007
...mamy tylko siebie...wielką mamy moc...

Scena pierwsza- wysiadam z autobusu.

Scena druga- moje bagaże lądują w samochodzie, a ja sie spowiadam z podróży moim ciekawym świata rodzicom.

Scena trzecia- wysiada Łukasz, z daleka macham do niego, nie widzi mnie. Wołam. Zauważa.

Scena czwarta- Łukasz podchodzi, wita się z moimi rodzicami, odchodzimy sami.

Scena piąta- przypomina mi się, że powinnam go pocałować. Za późno. On zaczyna robić to pierwszy.

Scena szósta- jedziemy do Łukasza, z panem leśniczym, którego Łukasz zna.

Scena siódma- W której robi mi się jakoś nieswojo. Żegnamy sie z rodzicami Łukasza, bo jadą do Niemiec.

Scena ósma- zaczynam tęsknić za powrotem do Białegostoku.

Scena dziewiąta- myślę o nazwach łacińskich mięśni, które napinają się Łukaszowi, gdy szuka czegoś na internecie. Przypomina mi sie znaczna większość, co potęguje tęsknotę. Kilkaset kliknięć myszką i Łukasz znów jest przy mnie, leżymy, rozmawiamy.

Scena dziesiąta- w której zdaje sobie sprawę, ze tak naprawdę do niego nie tęskniłam. Że jak go zobaczyłam, to nie czułam nic. Dlaczego?

Scena jedenasta- dochodzę do wniosku, że mimo tego, co on mówi, też nie tęsknił za mną.

Scena dwunasta- opierdalam się w myślach i przytulam do Łukasza. Idiotka. Przecież nie widziałam go ponad miesiąc. Ciężko się przestawić ze słyszenia kogoś na nagły dotyk i pocałunek. Pytam się jego, okazuje się, ze miałam rację. Ciężko.

Scena trzynasta- jadę do domu, tego pachnącego żywicą. Słucham muzyki, którą mi nagrał na mp3. I jakoś nie mogę pozbierać nagle rozsypanych u niego w domu myśli.

20:00, doktor-bez-stetoskopu , Miłość
Link Dodaj komentarz »
Znowu jak co miesiąc ta sama bajka

Kiedy wychodzi się z autobusu po dwunastu godzinach jazdy, najpierw czuć zapach soli. Intensywny, pobudzający jak poranna kawa bez mleka, za to z dużą ilością cukru. Taki jest zapach tego miasta.

Następnie słychać mewy, jak z daleka nawołują się, a może wołają fale, które za nic na świecie nie dojdą do miasta. Bo to za daleko. To miasta tego dźwięk.

Następnie pierwsze spojrzenie kieruję na śpiących na ławce pijaków. Taki jest miasta mego krajobraz.

Wystarczy jednak wsiąść w autobus, jadący na południowy wschód dokładnie pół godziny, a nagle zapach, dźwięk i krajobraz się zmieniają.

Nagle zaczyna pachnieć żywicą, świeżo ściętą sosną, zatęchłą lekko trawą.

A potem słychać szum rzeki i lasu.

I widać drzewa, wszędzie pałno drzew, a na nich ptaki tak koncertujące, jakby od tego zależało ich życie. W sumie, to może i czasami zależy.

I wtedy jestem w domu.

Zaraz potem nachodzi mnie nagła potrzeba ruszenia z powrotem do Białegostoku.

Z powrotem do poznanych przez ten rok uliczek, do znajomych, którzy uczą się tego, co i ja.

Do piwa Żubr, rzekomo pochodzącego z Poznania.

Do tego wszystkiego, co zostawiłam za sobą na trzy miesiące.

Trzy bardzo długie miesiące.

 

1 ... 91 , 92 , 93
 
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl