Kategorie: Wszystkie | Medycyna | Miłość | O dobrych i złych w życiu chwilach
RSS
środa, 24 stycznia 2018

 

Nie pamiętam, czy on wie o blogu.

Pamiętam za to, że był jedną z pierwszych osób, jakie poznałam zaraz po przeprowadzce do Dużego Miasta.

Pamiętam jego spokojne, nieco flegmatyczne ruchy, jak coś tłumaczył. Jego równe spokojny uśmiech. Jego opanowanie za kierownicą.

Szybko stał się jedną z moich ulubionych osób. Był jak brat, którego nigdy nie miałam (choć on sam twierdził, że to największy cios dla mężczyzny). Był moim kumplem, najlepszym przyjacielem. Jednocześnie był moim kompletnym przeciwieństwem. Pewnie to nas tak do siebie przyciągnęło. Mogłam, mogłabym, powiedzieć mu wszystko. Każdy sekret.

Wracają do mnie wspomnienia. Jazda tramwajem. Imprezy. Nauka w bibliotece. Sylwester, na który zapomniałam wziąć sałatki i na drugi dzień razem z moim Mężem jedliśmy ją na kacu.

Pierwszy zgrzyt był niepozorny.

Jego dziewczyna.

Przepraszał, tłumaczył, że ona wcale tak nie myśli, że to przemawia przez nią głupia szczenięca zazdrość.

Drugi zgrzyt był gorszy.

Pamiętam jak dziś. Stoi jako asysta do ablacji na kardiologii. Trzymam w ręku jego telefon, rozmawiam z kolegami. Włączył się alarm. Wyłączyłam go. Telefon schowałam do kieszeni. Koledzy się śmieją, opowiadają żarty. On się patrzy, nic nie słyszy.

Oskarża. Że kasuję SMSy. Że przeglądam telefon i się z niego śmieję. 

Nie słucha tłumaczeń.

Zostawia mnie z niewypowiedzianymi słowami.

Oczywiście na drugi dzień nie pozostaję mu dłużna. I tak od słowa do słowa rujnujemy oboje coś tak dobrego. Przepada przyjaźń, braterstwo, wspólne powroty tramwajem do domu, wspólne głupie żarty. Durna kłótnia niszczy w moment coś budowanego tyle czasu.

Śmieją się z niego. Z jego wyborów. Z jego słów.

A ja go nie umiem obronić, bo jestem tak cholernie zła!

***  ***  ***  ***

Teraźniejszość. Wchodzi na SOR. Na SOR w moim mieście. Uśmiecha się, sięga po klucz. Ruchy ma te same, powolne, nieco flegmatyczne, ale opanowane. Rozmawia z pacjentem. Żartuje z pielęgniarkami. Też ma tu dyżur, razem ze mną.

Patrzę na niego i nie mogę oderwać wzroku.

Podobieństwo jest wprost uderzające.

To nie on, ale czuję się, jakbym na moment go uchwyciła.

Nie wiem, gdzie jest, co się z nim dzieje, gdzie pracuje, czy ma już dzieci. Wiem tylko tyle, że za każdym razem, jak widzę doktora X., to wracają do mnie tylko dobre wspomnienia.

Dlatego jeżeli to czytasz, M., to wiedz, że wcale nie czuję już złości. Żałuję, że tak się to wszystko potoczyło.

sobota, 11 marca 2017
Niespodzianka

Jakiś czas temu ktoś napisał w komentarzach, że chyba nasza Mała doczekała się rodzeństwa. Cóż, wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, także prorok jak nic czyta tego bloga :)

Tak więc od wielu, wielu miesięcy jestem w ciąży. Od tak wielu, że wydaje mi się, że nawet słonie chodzą w ciąży krócej niż ja. A  tu jeszcze miesiąc do porodu!

Rośnie sobie mały Bąbel, a raczej Bąblica, kopie mnie niemiłosiernie, wypycha brzuch, wyglądam więc jak karykatura samej siebie- chude ręce i nogi, i ogromny brzuch. Ciekawe, kiedy zmieszczę się w te glanc nowe jeansy sprzed ciąży, które zdążyłam jak na razie tylko zmierzyć w sklepie. Nie wiem w sumie, po co je kupiłam, bo wielką fanką jeansów nie jestem, ale cóż.

Tak więc Córeczka Mamusi i Tatusia będzie miała siostrzyczkę :)

Wolę nie przypominać sobie, jak straszne były pierwsze miesiące, jak na razie jestem dobrej myśli.

I oczywiście brakuje mi pracy, pluję sobie w gębę, że tak szybko poszłam na zwolnienie, siedząc w domu jestem ciągle chora, bo odporność zero. W dodatku Misia przynosi zarazy ze żłobka, sama choruje dwa dni, a potem ja kolejne dwa tygodnie dochodzę do siebie.

Poza tym żyję, chodzę na spacery, czytam książki, coś tam udaję, że ćwiczę, generalnie korzystam z nudy :)

wtorek, 20 stycznia 2015
Czas leci...

...w szalonym tempie, jak na karuzeli. Mała z każdym dniem odkrywa coś nowego, co ją fascynuje, od listków przez puszczanie bąbli ze śliny, bo swoje stopy. Generalnie jest zajebista.

Ja tak powoli zaczęłam pracę, bardzo powoli i to nie u siebie, tylko w POZ. Źle nie jest, ale cieszę się jednak, że zostałam na anestezji, uśpiony pacjent jest lepszy od tego gadatliwego :)

Zapisałam się też na kurs, nie wiem, czy nie zrobiłam błędu, bo nie mam czasu porządnie się do niego przygotować... Mam nadzieję, że zdam :D

Przyzwyczaiłam się do bycia poza szpitalem, aczkolwiek brakuje mi tych codziennych dawek adrenaliny.

Ostatnio byliśmy na basenie (Mała już umie nurkować :D), ja czekałam na mojego Męża i Córkę, gawędziłam sobie jak gdyby nigdy nic z pewną koleżanką (pierdu, pierdu o babsko- matczynych sprawach), aż tu wybiega kobieta z szatni i krzyczy:

- Pomocy! Proszę wezwać pogotowie! Coś się stało z dzieckiem!!

O czym wszystkie pomyślałyśmy? Że się nasze dziecko utopiło... Chyba nigdy tak szybko nie biegłam... W szatni stała matka z 3 letnim chłopcem na ręku, chłopiec strasznie krzyczał- okazało się, że się poślizgnął i upadł na posadzkę tracąc przytomność... Jak już dobiegłyśmy, to zdążył przytomność odzyskać. Jedna z kobiet zadzwoniła na pogotowie, a ja...

Ja niewiele myśląc powiedziałam, że jestem lekarzem, zbadałam chłopca (w miarę możliwości) i zaczekałam z nią na karetkę. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu w podobnej sytuacji po prostu się wycofałam, a teraz- teraz to było tak instynktowne i naturalne...

Mam nadzieję, że chłopcu nic nie jest (pojechał na SOR na obserwację).


środa, 29 października 2014
:)

Generalnie wypadałoby coś napisać, choć nie wiem, czy ktokolwiek tu jeszcze zagląda. Niestety na tematy medyczne wypowiadać się nie mogę, bo niemal odcięłam się od medycyny na ten rok. I tak, mówię sobie od kilku tygodni, Edyta- zamów prenumeratę jakiejś medycznej gazety! Ale wiem, że i tak nie będę miała czasu jej czytać. Demotywuję się :)

Dzidziurek zapewnia atrakcje. Akurat jest w tak fajnym wieku, że można się już z nią porozumieć. Oczywiście każdy w swoim języku, ja po polsku (czasami po hiszpańsku, jak chcę jakieś zdania przećwiczyć), ona po swojemu. Tak sobie rozmawiamy. Niestety wygrywam ze wszelkimi zabawkami, wszystko we mnie jest ciekawe, co generalnie powinno podnieść moją samoocenę, nie rozumiem tylko, dlaczego jedyne co się podwyższa, to poziom zmęczenia. W nocy jest już lepiej, Dzidź śpi. Budzi się na żarło, ale zaraz potem zasypia.

Jest grzeczna. Zachwyca wszystkich w mojej pracy, jaka grzeczna, kochana, jak się uśmiecha i jak mądrze patrzy. A jakie ma czarne włosy! A jakie ciemne oczy! Ona nic sobie z komplementów nie robiła, po godzinie zachwytów ubrałam ją, po czym poszłyśmy na piechotę do domu, a Dzidziur zasnął. Typowe.

Zapisaliśmy ją na basen, akurat na pierwsze zajęcia skończy 3 miesiące. Kąpać się lubi, zobaczymy, co powie, jak zobaczy taką wielką wannę :)

czwartek, 25 września 2014
O karmieniu piersią i tajemnicach małżeńskiej alkowy

Rozmowa z moim Dziadkiem ostatnio zbiegła na dość.. specyficzne tory. Dowiedziałam się m.in. o tym, że mój kuzyn wysysał swojej żonie mleko z piersi, jak tej zrobiły się dziwne "guzy" (*)...

Potem o tym samym dowiedziałam się od mojej Mamy i... od mamy kuzyna...

Ciekawe, skąd oni to wiedzą, zważywszy na to, że żona kuzyna urodziła całkiem niedawno o_O zawsze myślałam, że sprawy intymne zostają między małżonkami...

*   *   *

 (*) "guzy" to nic innego, jak zastój pokarmu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak oni się bawili...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47
Napisz do mnie: doktorbezstetoskopu@wp.pl